Wpakowal sie maly strach. Jakies poczucie, ze nie robie czegos wlasciwie. Moge robic wiecej, ale wlasnie czuje, ze nikt tego nie chce. Takie uczucie, ze cos kaze mi biec do punktu A, a tam nie tyle, ze nikt nie czeka, to nawet nikt nie obserwuje i nie wywiera to na nikim wrazenia. Tak jakbym zagrala koncert a nikt by nie przyszedl. Sa rzeczy, ktore robi sie dla siebie i sa rzeczy, ktore robi sie by zwrocic czyjas uwage na siebie, czyli cel w tym wypadku jest taki sam - spelnic swoje male ambicje czy plany. Ja mam uczucie, ze buduje jakby fundamenty samej siebie, ktore maja mnie przygotowac na postawiene grubych i ciezkich scian. Ale samo kopanie dziury na te fundamenty jest meczace i bolesne. Myslalam, ze wyszlam juz z pewnych sytuacji, ale widze, ze to jest nadal ta 'ciezka droga z piekla'. Cieszy mnie fakt, ze nie boje sie juz podjac decyzji, probowac bez patrzenia na boki, tylko postepowac wg wlasnych przeczuc. Kocham moja intuicje i celowanie w dobra droge spontanicznoscia. Ciezko jest tylko zaufac ponownie zachowaniom i sytuacjom, ktore juz wiele razy zamknely doplyw tlenu.
I lubie to, ze moge humor zwalic na pogode, stany napiecia przedmiesiaczkowego, sytuacji rodzinnej. Robak wychodzi z kokonu.
No comments:
Post a Comment